Szkoła, - czyli tysiące...|2005-09-05|21:09:52
... nowych powdów do narzekań.

Z tym, że moja ironia do tego świata powoli zamiera, co widzę nawet po tym, że notki nie pojawiają się zbyt często - jakby jeszcze było komu czytać moje wypociny. O samej szkole nie napiszę absolutnie nic. Nie mam na to ochoty. Właściwie miałam coś napisać, żeby nie skasowali bloga, właściwie. A może jednak skrobnę coś, bynajmniej nie o zachowaniu tych wszystkich idiotów, strojach pań "laleczeke malowanych" i całej reszcie. Nie napiszę nawet o nauczycielach. W ogóle nic nie napiszę i pójdę chyba spać, bo kto by pomyślał, że wcale nie daję rady. Już na samym początku, z tym wstawaniem równo dwie godziny przed wyjściem. Jakby się ktoś pytał, jest to godzina 5:30 rano. Kto, by w ogóle pomyślał, że po 10 miesiącach, tego poprzedniego roku, odzwyczaję się tak szybko. Przecież wtedy wystarczało mi zdrzemnąć się godzinę i wsyztsko było okej. Kto wpadł na pomysł pt. "WF w środku lekcji" to jest irytujące. I kto wymyślił system pięć godzin matematyki tygodniowo, w tym dwa razy od samego początku. I dlaczego nikt mi nie powiedział, że w ogóle było coś zadane. Czemu już od samego początku nie chce mi się słuchać wciąż tej samej paplaniny. I dlaczego nikt nie zwróci uwagi na to, że od kilku lat wiem, co to jest dwusieczna kąta, tylko sądzi, że znowu muszę to przerobić dla utrwalenia materiału. Dobrze, że algebry jest więcej niż geometrii, bardzo dobrze. Wyśmienicie, co nie znaczy, że w ogóle mi się to podoba, poważnie. Nie, nie mam siły.

Aprics|skomentuj|(2)



Upragnione, utęsknione...|2005-07-14|22:18:06
Ukochane, najdroższe, cudowne wakacje. Wędrując po stronach i blogach spotkałam się z jeszcze bardziej wyszukanymi stwierdzeniami. Obiecuję sobie, że jeśli jeszcze raz moje oczy ujrzą zabójczo piękną, różową stronę pełną pokemoniarskiego stylu pisania i cudnych gifów to zerzygam się na własne nogi, słownik łaciny i ukochaną klawiaturę (jedyną część tego syfa, którą darzę bezgraniczną miłością, niemal porywającą). I obiecuję, że zrobię to samo, jeśli ktoś spróbuje mi wmówić, że "wakacje są takie fajne". Mija raptem trzeci tydzień. Oznacza to, że nie jesteśmy nawet w połowie. Oczywiście, nie należę do osób, które wielbią szkołe (praktycznie to zaczęło się i zakończyło w pierwszej klasie podstawówki, w ten rok zdąrzyłam znienawidzić zdecydowaną większość klasy z moim sąsiadem z ławki na czele i, naturalnie, panią wychowawczynię, który z tymże człowiekiem, jeśli wolno mi się tak wyrazić o Arturze, mnie posadziła w jednej ławce. Nauczyciele to ewidentni sadyści, których wyróżnia to, ze przed imieniem i nazwiskiem mają napisane "magister"), ale cała ta bzdura - wakacje - to jakiś debilny żart. Możecie mi powiedzieć, że jestem nienormalna wybierając sobie na wakacje początek nauki francuskiego. BTW, sama z podręcznikiem mojej rodzicielki. Stwierdziłam, że coś robić muszę. I robię. Niedopełniam postanowienia o wczesnym wstawaniu - pomijając bezczelnych facetów ubranych w niebieskie spodnie, klących i plujących pod moim oknem od bladego świtu, to jest godziny siódmej rano, którzy zjawiają się o tygodnia - i nie spędzaniu czasu przy komputerze przez piętnaście godzin na dobę. Gdybym jeszcze robiła coś konkretnego, poza wstrzymywaniem wymiotów widząc kolejnego różowego "słiiit blogaska". Jak ludzie potrafią mnie dobić, nawet jeśli widzę jedynie dzieło ich palców. Kilku godzin stukania w klawiaturę i klikania myszką. Potrafią mnie też dobic idąc za mną przez rynek, albo też ryneczek, i gadając ze sobą po niemiecku. Wytykać palcami jedyne miejsca, które zawsze lubiłam, w tym Empik - niewybaczalne!, - i śmiać się z nich na cały głos. "O zobacz! Tam jest Pizza Hut, jakie to śmieszne". Muszę przyznać, że jednak cośtam się nauczyłam tego niemieckiego i coniektóre zdania tłumaczyłam sobie z łatwością. Gdybym była bardziej pojętna mogłabym na podstawie wymowy "Ich" ocenić, z której części niemiec przypuszczalnie pochodzą. Nigdy nie miałam specjalnej ochoty uczyć się niemieckiego. Przemilczę "dlaczego". Wracając, jednak, do "ukochanych" wakacji. Słońce świeci. Ba! ono nie świeci. Ono ... Może i świeci, praży, pali. Dodaje "uroku". A mnie ono wkurza. Po pierwsze dlatego, że od razu pojawiły się, moje ukochane, panny malowane. Zauważyłam, ze tegoroczna kolekcja najmodniejszych ciuchów, nie jest już tak bardzo różowa. Nareszcie moje modlitwy zostały jakotako wysłuchane. Grafitti typu "Zenek jest jebanym hujem" (nie wspomnę o pierwszorzędnych zasadach ortografii) jeszcze nie zniknęły z większości bloków. A mój sąsiad nadal słucha Chiuaua'y, tak, że słychać u mnie w domu. Właściwie na tym powinnam zakończyć tą epopeję. Niestety, nie mam wyższych celów do roboty. Niestety, nie jestem umówiona z gromadką rozchichotanych przyjaciółeczek na nocne pogaduchy. Niestety, siedzę w domu, słucham jak mój pies chrapie i piszę notatkę na bloga. Nie... Ostatnie trzy zdania: to się wytnie. Tam miało być naszczęście! Korzystając z pozytywnej - chacha - aury wakacji, krzyknę sobie zdrowo: KURWA i na tym zakończę notkę.

Aprics|skomentuj|(4)



Księga gości.
Gadaj
A to spadaj?

Przeminęło z wiatrem.
2005
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
2003
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec


Niepoukładane wyjścia.
Zabawne pierdoły.
WalkieTalkie Nie doszukując się powodów powiem wprost, że to raczej nie jest wyrafinowany humor. Absolutnie nigdy
Bicycle. Internet to siedlisko humoru dla wyrafinowanych. Ludzie czasami mają dziwaczne myśli.
Komercyjna kurwa. Sławy są sławami, a ich słowa to istne dna, zakopane pod mułem. Co da się udowodnić.
Losux. Czyż niesmaczny humor nie jest wyrafinowaniem w swym światopoglądzie? Dla czystej radości serca.